powrót Ale kanał

dajesz radę Bogdan

25 Sierpień 2017

Kiedyś jeszcze spotykając Bogdana na ulicy, można by bez zastanowienia krzyknąć do niego - Ty to taki szczeciński jesteś. Otóż już nie. Od kiedy weszła moda na bycie niekojarzonym z kimkolwiek (jak się okazuje, dotyczy to także wielkich metropolii i małych mieścinek), to o Bogdanie można przemycić jedynie, że trochę taki stargardzki. Tak to się właśnie w tym życiu zmienia. Jakiś czas temu umówił się na spotkanie we czwartek, nie było mnie przy tym, gdy się umawiał, ale doszły mnie takie słuchy, wychodząc z ust koleżanek i kolegów złapały mnie gdzieś między parzeniem kawy a odpisywaniem na setnego-silnia meila z rzędu. Aż tu nagle zastał mnie przeddzień przybycia Bogdana. Dzwoni telefon.

- Dzień dobry! Dzwonię z informacją, że przepraszam, uprzedzam po prostu. Nie dotrę na jutrzejsze spotkanie, bo dzisiaj wypłata. Czy mogę przemówić na piątek?
- Pewnie, nie ma sprawy. Zapraszam w piąteczek - nie wiedząc zupełnie kim jest Pan Bogdan, odpowiadam z automatu, bez namysłu, by nie urazić przypadkiem Pana Bogdana i jego potrzeby.

Odkładam słuchawkę. Zapytuję się swoich uszu, czy właśnie Bogdan, ma się rozumieć, mówiąc wypłata, ma na myśli ostre pójscie bez krępacji w kierunku jej przepicia i że zadzwonił, żeby właśnie uprzejmie mi to oznajmić, bez żadnych dyskusji, stanowczo? Nie wiem, ale szalenie szanuję.

Razem z piątkiem do biura wtargnął już trochę bardziej spodziewanie, uprzedzając wizytę króciutkim telefonem.

- Pani Kasiu, ja to chyba drogę pomyliłem, kościół widzę, Bóg mi świadkiem, choć żony nigdy nie miałem, albo czasu na to nie było, człowiek pracować musiał, rozumie Pani.

No rozumiem doskonale. Atakują mnie myśli, rozlewają do źródła oazy spokoju. Bogdan, relax, take it easy, jakby to Mika zanucił, gdybyś miał tę żonę, dzieci i potem nie tak do końca samoistną koleją losu choć jednego wnuczka, to teraz poprosiłabym Cię, żebyś pospiesznie udał się do jego garderoby i poszukał takiego t-shirtu, na którym keep calm białą czcionką na czarnej fakturze. Ciekawe swoją drogą, jakie koszulki synowie Heraklita nosili, może z napisem "Pan da ray", obok napisu mała gwiazdeczka, u dołu koszulki dopisek *maleńka, spokojnie, nie o blue-ray mi chodzi. I pewnie syn takiego Heraklita mógł na spokojnie w takim odzieniu podbijać z powodzeniem do jakiejś niewiasty, nie martwiąc się przy tym, że za taki numer czarną polewkę by mu podali do stołu zamiast córki na tacy, ale to scenariusz realny jakby w metryczce widniał ojciec Tadeusz w sumie. Dobra, ale wróćmy do tego, gdzie nas świat zaprowadził. Pan Bogdan przybył w gajerze zszytym na nie do końca jego miarę, uroczy widok. Krawacik króciutki, lewa strona koszuli wisi, nie dała rady wcisnąć się w spodnie, gdzie jeden guzik jakby niedopięty po ostatnim sikaniu. Dał się namówić na kawę, z początku bez mleka i cukru, bo głupio mu było poprosić, ale przekonałam go szybko, że gdybym tylko takie problemy miała, to godnie bym żyła. Przynoszę mu czarną ze śmietanką, zapewne Łonson wkurwił by się niemiłosiernie przy takim obrocie sprawy. Bogdan leci z tematem, wali wprost, że on to do ciężkiej pracy jest przyzwyczajony, lubi, szuka fuchy sprzątacza, stawka? Każda mu odpowiada. Mówiąc o tym, uśmiecha się od ucha do reklamówki, którą położył bezwładnie u podnóża stołu, w niej soczek, mandarynka i kawałek boczku z promocji.

I Panie Bogdanie - nie ma szans na to, żeby Pan to teraz czytał, ale to i dobrze, nic Pan nie traci. I niech nie smuci to Pana serca, bo jest w Panu więcej człowieczeństwa, samozaparcia, ambicji, uczciwości i determinacji niż w niejednym współczesnym wnuczku z keep calm na koszulce and napinka, pieniądzę i łamiące deadliny w głębi jakby tak pogrzebać bardziej, a to tylko prowadzi do wielkiego lęku, którego i tak młody człowiek za cholerę się nie przestraszy, a powinien. A Pan? A Pan szczęśliwy przez życie sunie i zaświadczam, że choć w pogniecionej koszuli, to daleko Pan zajdzie, tfu, już Pan daleko zaszedł.