powrót Ale kanał

gdzie-kurwa-kolwiek

4 Lipiec 2017

ponad rok obserwowałam jego pierwsze, drugie i tysięczne kroki. mieszkał prawdopodobnie na czwartym piętrze, z którego od czasu do czasu wydobywał się pisk kuchennych drzwi, mających pomieścić całe piętro, zapachy świata, polski raczej. a że po polsku zdarzało się pachnąć kuchence, to tak samo po polsku, nie robiła sobie zupełnie nic z kapusty i boczku, gdy lądowały w oparach dymu, niczym tupolew, na jej choć stare, to jeszcze dość sprawne gaźniki. nie widziałam nigdy, by ktoś chodził boso dłużej niż trwałyby jego wakacje, dłużej niż sunrise, czy bardziej ekskluzywny kosakowo-gdyński opener. musiało istnieć jakieś medyczne wytłumaczenie, że dorosły już facet, jedynie w zimie zwykł zakrywać swe stopy jakimś kozakiem. widziałam go w deszczu, kałuży, widziałam go z pizzą pod pachą, chwilę po tym, jak kończyły się dopiero przymrozki. ilekroć go spotykałam, zawsze fantazjowałam na temat jego zawodu, kim może być ten absztyfikant, któremu co jak co, ale buty to do życia nie są potrzebne, gdzie się przechadzał, kiedy ja wyczekiwałam już prawie zdobytej pary, nowiusieńkich, białych jak diabli adidasków, śliniąc się przy tym okrutnie, bo nie uważałam nigdy, żeby chowanie języka, czyniło ze mnie lepszego człowieka. nie mógłby pracować przecież w żadnym office center, brak butów pozbawia go pewnie posiadania karty kredytowej, extra tanich lotów na malediwy, możliwości wejścia do supermarketu, gdzie-kurwa-kolwiek by chciał w sumie. a może zwyczajnie naoglądał się programów przyrodniczych, cejrowskiego jeszcze przed rozwodem, ludzi bezdomnych, może św. Franciszka z Asyżu. i fantazjuję, że podchodzę do niego i pytam o co mu chodzi, on stanąłby pewnie, trzymając w ręku chusteczkę i powiedziałby, że nie wie, że o nic nie chodzi. nigdy nie usłyszałam żadnego słowa, wydobywającego się z jego spierzchniętych ust, żadne cześć, siema, dzień dobry, nigdy, nigdzie, nikomu. a może on tymi stopami celebrował swą gołosłowność, nadając jej kształtu po prostu.