powrót Ale kanał

kurwa

27 Lipiec 2017

Jestem dzisiaj jakaś zwiotczała, może to wynik wczorajszego przyjęcia dawki zieleni, nie wiem, dziś nie chce mi się tego roztrząsać. Dłonie skupione, nogi unoszą się ponad chodnikami, słowa Fisza rozpływają się jak światło w rustykalnej obudowie gumowego żyrandolu. I jest to prawda całkowita. Ileś tam minut do autobusu, ale komu chce się liczyć, ileś tam przystanków by wysiąść gdziekolwiek gdzie nogi zaprowadzą. Nie dbam o to. Unstoppable, nuci mi do ucha Pani Lianne. Nie myślę dziś o nikim, bo wszystko jest wszystkimi. Nie mam dziś w sobie tego biegu, tego startu rodem z boltowego podwórka, tych marzeń o wielkich ambicjach, o sukcesach. Puk, puk, zapukało do mnie życie, weszło sobie same, ubrało takie miłe dla stóp bambosze i zaczęło płynąć w moim kierunku. Piłam wtedy kawę, bez cukru, czując jak jego pokłady w moim organiźmie nurkują za burtą, topią się sukinkoty. Czuję jakby Lianne siedziała sobie koło mnie i rozumiała doskonale moje cukrowe uzależnienie. Nie przeszkadza mi upał, nie cieszy też słońce, które przybyło na bezrzecznych chmurach do ogrodu, tak spokojnie, zmęczone po dwóch ciężkich dniach tułaczki za horyzontem. Po prostu dziś widzę. Słucham rzężenia silnika w autobusie, które przechodzi przez moje pośladki. Przyjemne drgania. Nie ma dziś żadnych potraw do przygotowania, żadnych paczek do wysłania, żadnych dokumentów i zgubionych portfeli. Nie ma niczego co wisi nad głową, krzyczy, upomina się, wyciąga zbyt krótkie jeszcze dziecinne ręce, które zadowolą się dzisiaj kształtem lizaka. To wystarczy.

A tak serio to dopiero wstałam, kurwa.