powrót Ale kanał

otwarte, nie pukać (2)

25 Lipiec 2017

(...)

Wstaję następnego dnia, wkręcona w temat poranka jak winyl oddający swoje ostatnie dźwięki przy wschodzie słońca. Prawa ręka sunie po kablu, dochodząc małymi krokami do wtyczki radiowej, którą wyrywam z kontaktu. Dziś nie mam przyjemności usłyszeć jaka pogoda, jaki towar króluje na rynkach zagranicznych, która firma zaliczyła marketingową wtopę, bo kto kurwa mać zgodził się na to, żeby jakaś Krystyna wykorzystała zdjęcie ze Zbrodni Lubińskiej do promocji wódki, no jak? Świat nie zapomina, to prawda, ale ja dzisiaj pragnę zapomnieć o wszystkich niedolach tego świata, wolę pogadać do siebie, spytać się co tam słychać i dlaczego akurat właśnie tak. Zwlekam się z łóżka, ubieram, przypominam sobie, że dziś dwa, nie, trzy spotkania, a może pięć, milion pytań od lokatorów i milion moich nieadekwatnych, z dupy wziętych odpowiedzi, a może nie będę dzisiaj odbierać telefonu? Katarzyno - mówię do siebie, żeby udać, że obudziłam się u boku kogoś, kto ma dwie ręce i dwie nogi - wczoraj była środa, dziś jest czwartek. Wczoraj zgubiłaś klucz, sąsiad zapukał, otworzyłaś i oddał Ci klucz, potem poszłaś jeszcze do sklepu po śmiejżelki, miałaś na sobie czarną, pikowaną deszczem kurtkę. Ok, jestem w domu. Jesteś w domu - powtarzam dalej bez wytchnienia. Ok. Teraz pozostaje znaleźć tylko czarną kurtkę pikowaną małym zdenerwowaniem i sio do pracy. Ok. Jest kurtka.

Gdzie jest do cholery ten spartaczony klucz, gdzie? Katarzyno, nie ma go w kurtce - mówiłam już na głos, bo nie wytrzymałam.
Dobra, spokojnie, zapytam jeszcze kota co chce na śniadanie.
- Przecież nie masz większego wyboru kocie, została tylko jedna saszetka. Masz.

Biorę miskę pod kran, kawałki kociego żarcia odpadają pod ciśnieniem zimnej wody, talerz umyty, można jeść. Otwieram saszetkę, wylewam zawartość do miski i kładę ją na klejącej podłodze.

- Wyrzucę jeszcze saszetkę do śmietnika - zachowam resztki godności kiciu, a Ty jedz sobie spokojnie.

Ruchem prawej stopy otwieram śmietnik. Niespodzianka. W śmietniku klucz do auta. Przeserio-kurwa, w śmietniku leży klucz do auta, ten sam, którego porzuciłam na pastwę losu we wczorajszej ławkowej szparze niedopowiedzeń. Zajebiście. Wyciągam go.

Dzięki kocie, że jesteś, masz tu jeszcze ciasteczko, masz dziś ode mnie jeszcze milion ciasteczek.

Biorę klucz zapasowy z pudełeczka, tak zwanego brata bliźniaka  - pomyślałam, że temu pechowemu dam dzisiaj poleżeć trochę na kanapie i odpocząć. Wychodzę.

Cześć sąsiad, dzięki za wczoraj, rodzice zawsze mówili, że jestem w czapce urodzona.
- W czapce? A nie w czepku?
- No tak, może dlatego tak często gubię to, co chcę powiedzieć. W każdym razie dzięki za czujność, jakie piwo pijesz?
Daj sobie spokój, starczy mi już piwa na wczoraj, dziś i pojutrze.

Sznurki okazały się być wykonane z tworzywa, które jakimś cudem przeżyło drugie tłoczenie wychodząc z fabryki nitkowych oczekiwań, by jeszcze skutecznie przecierać drogę w obawie przed moją głupotą. Spotkały się z nią ponownie 14 maja. Ciężko jest mi je poskromić, uczę się panowania nad ich niezgrabnymi ruchami, wtedy czuję się jak dziecko, które budzone w nocy i przymuszane do wskazania dwudziestej czwartej litery alfabetu, potrafi przerzucić tylko swoje ciało na drugi bok, o tak, jeszcze godzinkę, a po godzince jeszcze kwadransik.

(...)